Tag: fotografia

2009

Wyprawa na całkowite zaćmienie Słońca – Chiny 2009 –…

Chińczycy twierdzą, że Jezioro Zachodnie w Hangzhou  – Xi Hu – jest najpiękniejsze na świecie. Na jego podobieństwo przebudowano jezioro w Pałacu Letnim w Pekinie, jak również miało wpływ na projektowanie krajobrazu w Chinach, Japonii i Korei w związku z czym w 2011 roku zostało wpisane na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO.

Do Hangzhou dotarliśmy szybką koleją tu i ówdzie jadącą z prędkością ponad 170 km/godzinę (tu ukłony dla PKP – operatora, który daje najwięcej darmowych minut). Po zostawieniu plecaków w przechowalni  przesiedliśmy się do autobusu, którym po jakichś czterdziestu minutach dotarliśmy do jeziora. Samo jezioro… hmm… może kiedyś, gdy nie było tu tłumów, gdy nie zostało skomercjalizowane, faktycznie było najpiękniejsze. Teraz piękniejsze zdecydowanie były urocze Chinki fotografujące się nawzajem oraz nas, jako ciekawostkę roku 🙂

Nie udało się nam obejść mającego 8 km² jeziora więc tylko tak na prawde liznęliśmy to miejsce, przyglądając sie ludziom grającym na dziwnych instrumentach, dzieciom bawiącym się przy brązowych rzeźbach i rzeszom lokalnych turystów wędrujących tym samym szlakiem. Generalnie był to miły odpoczynek przez czekającym nas nazajutrz trekkingiem w górę Gór Żółtych.

2009

Wyprawa na całkowite zaćmienie Słońca – Chiny 2009 –…

Opuszczając Pekin po raz pierwszy „zderzyliśmy” się z rzeczywistością pociągową Chin. Bramki prześwietlające bagaż – po tym, jak zaczynał on już świecić od ciągłego prześwietlania w metrze – nie zrobiły większego wrażenia, co innego hala poczekalni wypełniona po brzegi tłumami miejscowych, wrzaski z megafonów informujące o przyjeździe pociągów i gonitwa, by w ciągu minuty przebiec z poczekalni na peron, znaleźć właściwy wagon i wryć się do środka w celu zajęcia miejsc siedzących. Tu rozmiary europejskie i waga podkręcona masą plecaków okazały się zaletami nie do pokonania nawet przez spryt i wieloletnie doświadczenie w zdobywaniu miejsc właściwe mieszkańcom Państwa Środka. Dzięki właściwemu przygotowaniu udało się nam zając miejsca siedzące i do kolejnego celu podróży dotrzeć w stanie całkiem przyzwoitym. Większości, bo mnie dopadła zemsta cesarza z dynastii Ming. Czyli klasyczny rozstrój żołądka spowodowany zaprzyjaźnianiem się z lokalną florą bakteryjną. Niestety pierwsza próba zaprzyjaźnienia się z dworcową toaletą zakończyła się odmową współpracy ze strony zwieraczy a zawartość mojego przewodu pokarmowego podjęła próbę opuszczenia organizmu przeciwnym do zwyczajowego końcem.

Jest taki dowcip, wg którego wybranej grupie osób jeszcze za życia pozwolono odwiedzić Raj i Piekło, by mogli świadomie podjąć decyzję, w którą stronę zmierzać za życia. Najpierw winda poszybowała w górę, między obłoczki. Tam, jak w „Listach z Ziemi” Marka Twaina, ujrzeli chóry anielskie brzdąkające przez wieczność jedną melodię, sielskie, anielskie życie bez ciekawszych wydarzeń – generalnie definicja nudy. Winda poszybowała w dół, a tam impreza na całego, wóda się leje, panienki tańczą, diabły z duszami szaleją. Jeden z odwiedzających złapał przewodnika za ramię, i drze mu się do ucha coby przekrzyczeć Iron Maiden albo co tam akurat w tym momencie grało: „To tamto na górze to ma być nagroda a to kara ?!”, na co diabeł przewodnik w chwili upojenia balangą odpowiada mu szczerze: „Zdradzę ci pewien sekret. No bo widzisz, u nas kieliszki mają dziurki, a panienki nie…”

Dlaczego nawiązuję do tego dowcipu. Otóż diabeł nie dodał, że w piekle nie ma ubikacji. Ani jednej. A dlaczego? Bowiem one wszystkie zostały w czasach dynastii Ming wypożyczone Państwu Środka. Co gorsze od tego czasu nie były nigdy czyszczone. A jedna z najstraszniejszych znajduje się na dworcu kolejowym w Tai’an. Jej lokalizację można wyczuć z odległości trzech kondygnacji. I choć w Chinach zgodnie z piekielną modą dominuje typ szwedzki, to jakimś cudem jej ściany były //// na wysokość co najmniej półtora metra. Po panicznej ucieczce spocony i zasapany oddaliłem się dalej niż trzy kondygnacje od tego szatańskiego wynalazku. Tam znowu przypomniała o sobie zemsta cesarza więc na spokojnie opracowałem strategię oddychania (tylko przez usta i to tak, żeby nie poczuć SMAKU powietrza) i przetrwałem zderzenie z wysłannikiem piekieł.

Tego dnia oprócz kibli zawiodła nas również pogoda. Gdy wychodziliśmy z dworca zaczynało mżyć. Rowerzyści i motorowerzyści chińscy rozpinali na sobie wielobarwne worki przeciwdeszczowe ubarwiając coraz bardziej przemoknięte otoczenie. Śniadanie w lokalnej jadłodajni, po czym na pół godziny utknęliśmy w kilka osób w informacji turystycznej zastanawiając się co robić. Jednak choć mżyło coraz intensywniej, i z mżenia powoli robił się deszcz decyzja mogła być tylko jedna – idziemy w górę.

Tai Shan to jedna z pięciu świętych gór Chin, według niektórych – najważniejsza z nich. Łączy się ją ze wschodem Słońca i narodzinami. Chińczycy modlą się tu od 3000 lat. Tutaj cesarze od czasów dynastii Shang po Qing składali ofiary niebu (na szczycie) i ziemi (u stóp góry) w rytuale Fengshan. Rzeźbienie inskrypcji w kamiennych ścianach góry znaczyło osiągnięcie wielkiego pokoju. W 219 roku przed naszą erą pierwszy cesarz Chin – Qin Shi Huang tutaj właśnie ogłosił zjednoczenie cesarstwa Chin. W okresie dynastii Han góra Tai stała się miejscem najważniejszych ofiar. Na górze znajdują się 22 świątynie, 97 ruin, 819 kamiennych steli i ponad 1000 napisów wyrzeźbionych w ścianach klifu ponad ścieżką wiodącą na szczyt. Od 1987 roku Tai’an została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

W miarę jak wchodziłem coraz wyżej deszcz coraz bardziej przypominał ulewę. Gdzieś w trakcie zdecydowałem się przełożyć obiektywy z plecaka, w którym powoli zaczynały pływać do wewnętrzych kieszeni mojej super oddychającej kurtki alpinusa. I tu też pewna myśl, bowiem okazało się, że w temperaturze około 35ºC i wilgotności, sądząc po ulewie sięgającej 100% nie była ona już w stanie – jak pisano w reklamie – odprowadzać pary, w czego efekcie na wierzchu było mokro od deszczu, w środku – ode mnie, ale przynajmniej w kieszeniach znalazły suche schronienie obiektywy.

Część ekipy osiągnęła szczyt, ja – wraz z Aśką, Agnieszką, Michałem i Jurao-sanem poddaliśmy się w połowie drogi przy środkowej bramie do nieba. Stamtąd busikiem zjechaliśmy do miasta Tai’an na obiad. Tu jeszcze jedna ciekawostka i uwaga dla przyszłych podróżników do Państwa Środka. Zazwyczaj w restauracjach można trafić na menu obrazkowe, przedstawiające na zdjęciach dania. Jest to pomocne, ale – w miejscowościach bardzo turystycznych, pomocy takich czasem brak. Tu przydaje się przewodnik, w którym rozmaite dania są opisane po angielsku (czy w innym cywilizowanym języku) i po Chińsku. Dzięki takiej pomocy udało nam się w Tai’an zjeść bardzo dobry obiad. Podczas gdy część ekipy – ta bardziej ambitna, której udało się dotrzeć na szczyt, przewodnika nie miała – a brak przewodnika postanowili nadrobić zdolnościami rysunkowymi. W jednej z setek ulicznych mikrorestauracji, z której na ich widok właściciel przegnał rodzinę narysowali na serwetce kurczaka. Od tego momentu – potwierdzonego wyborem wciąż jeszcze gdaczącej ofiary – nić porozumienia wydawała się zadzierzgnięta. Kolejnym krokiem było poinformowanie właściciela, że nie chcą w jedzeniu kości kury (w Chinach często drób jest siekany w całości i podawany z kawałkami kości sterczącymi z każdego możliwego kawałka mięsa) – narysowali zatem kości przekreślając je krzyżykami, tak coby było jasne. Pewnie właściciel był zaskoczony nieco ich wymaganiami, jednak postarał się bardzo, podając drobno pokrojone kości z kury. Dokładnie takie jak na drugim z rysunków…

2009

Wyprawa na całkowite zaćmienie Słońca – Chiny 2009 –…

Kolejny dzień mieliśmy zorganizowany przez Jurao-San – przed południem zwiedzaliśmy Świątynię Nieba, a po południu przejechaliśmy metrem na drugi koniec Pekinu do Pałacu Letniego.

Świątynia Nieba (Tian Tan  – Ołtarz Nieba, Tian Tan) to kompleks budowli taoistycznych leżący na południowy wschód od centrum Pekinu. W miejscu tym cesarze z dynastii Ming i Qing co roku, w okresie przesilenia zimowego, modlili się o obfite plony.  Kompleks wzniesiono w latach 1406 a 1420 przez cesarza Yongle, tego samego, który wzniósł Zakazane Miasto. W drugiej połowie XVI wieku cesarz Jiajing  rozbudował świątynię (on także zbudował Świątynię Ziemi, do której wybraliśmy się następnego dnia). Zwykli mieszkańcy Pekinu po raz pierwszy mogli ją podziwiać w 1912 roku. Wcześniej nie mieli prawa uczestniczyć w obrzędzie. Nie mogli nawet obserwować poprzedzającej go procesji dworu cesarskiego z Zakazanego Miasta, a  na czas musieli zamknąć się w domach, zaryglować okna i zachować milczenie. Pawilon Modlitwy o Urodza  to główny budynek kompleksu, wykonany w całości z drewna bez użycia gwoździ. Świątynia o średnicy 32 metrów i wysokości 38 metrów zwieńczona jest potrójnym dachem z błękitnych dachówek symbolizujących Niebo Z czterech stron świata znajdują się potężne Smocze Kolumny, symbolizujące cztery pory roku. Pozostałe 24 kolumny symbolizują miesiące i godziny dnia. We bogato dekorowanym  wnętrzu znajduje się figura smoka reprezentująca cesarza. Konstrukcja stoi na na mającej trzy poziomy podstawie o średnicy 90 m. W 1899 roku, w wyniku uderzenia pioruna budynek spłonął jednak niebawem został wiernie zrekonstruowany. Cesarskie Sklepienie Nieba to mniejsza świątynia na planie koła, położona po południowym końcu Czerwonego Mostu. Ona również wzniesiona została z drewna a jej dach pokryty jest granatowymi kafelkami. Konstrukcja stoi na jednopoziomowej podstawie. Budynek otacza zakrzywiona Ściana Szeptów – słowa wypowiedziane szeptem przy jednym jej krańcu słychać doskonale po jej przeciwnej stronie. Okrągły Ołtarz to najświętsze miejsce kompleksu, w którym cesarz składał ofiary. Znajduje się na południe od Cesarskiego Sklepienia Nieba. Ołtarz jest okrągłą trzypoziomową platformą zbudowaną z marmuru, której kolejne piętra przedstawiają (od dołu) – człowieka, Ziemię i Niebo. Centralną płytę ołtarza otacza dziewięć pierścieni złożonych z płyt kamiennych w liczbach odpowiadających kolejnym wielokrotnościom dziewiątki. Także liczba bloków tworzących każdą z kondygnacji jest wielokrotnością dziewiątki, uważanej w kosmologii chińskiej za symbol Nieba. Na górnej platformie, dziś pustej, stał niegdyś Tron Nieba. Miejsce to uważane było za środek cesarstwa, a także centrum całej Ziemi. W ramach przygotowań do Igrzysk Olimpijskich 2008 roku świątynia Nieba została poddana pracom restauracyjnym. W 1997 roku Tian Tan wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości UNESCO.

Pałac Letni (Yiheyuan – Ogród Pielęgnowania Harmonii) to rozległykompleks parkowo-pałacowy położony nad sztucznym jeziorem Kuming, imitującym Jezioro Zachodnie. Było to miejsce letniego odpoczynku cesarzy z dynastii Quing, Jego centralnym punktem jest Wzgórze Długowieczności (Wanshoushan) Początki rezydencji sięgają czasów dynastii Jin – w 1153 roku cesarz Hailingwang wybudował swój letni pałac na górze Jinshan.  W czasach dynastii Yand znajdujące się nieopodal pałacu jezioro powiększono i połączono kanałem z Pekinem. W 1750 roku cesarz Qianlong  przebudował rezydencję tworząc Ogród Czystych Fal (Qingyiyuan). Wtedy to pogłębiono i powiększono jezioro. Ziemia wybrana podczas powiększania jeziora posłużyła do usypania Wzgórza Długowieczności. W następnych latach rozbudowano założenia parkowe. W 1885 roku cesarzowa Cixi z uwagi na brak funduszy pozwalających na odbudowę doszczętnie zniszczonego pałacu Yuanmigyuan nakazała wybudować letnią rezydencję cesarską na gruzach Qingyiyuan zniszczonego w trakcie II wojny opiumowej w 1860 roku. Budowa, zakończona w 1889 roku została sfinansowana z funduszy mających służyć pierwotnie budowie floty. Inwestycja zrujnowała chiński skarb. Pałac został poważnie uszkodzony w trakcie interwencji wojsk cudzoziemskich w trakcie powstania bokserów w 1900 roku. Mimo remontu, po śmierci Cixi, został z rozkazu cesarzowej Longyu opuszczony w 1908 roku. Przez kolejne kilkadziesiąt lat pałac był systematycznie rozkradany i niszczony. Dopiero w połowie XX wieku kompleks został odrestaurowany i udostępniony zwiedzającym a w 1998 roku włączony na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości UNESCO.

2009

Wyprawa na całkowite zaćmienie Słońca – Chiny 2009 –…

Kolejny dzień zaczął się wariacką jazdą po terenie budowy… Już wyjaśniam. Na świecie istnieją – jak się okazuje – nie dwa, ale trzy sposoby poruszania się po drogach. Znamy ruch prawostronny – w krajach, w których odległości mierzy się w km/godzinę; lewostronny – tam gdzie najczęściej nadal mierzy się prędkość w stajach na dwa tygodnie; oraz wszechstronny – tam, gdzie mierzy się ją poziomem adrenaliny, a na drodze pierwszeństwo należy się temu o większej masie i głośniejszym klaksonie. Chiny należą do tej ostatniej grupy. Więc gdy okazało się, że droga wiodąca do Wielkiej Ściany Chin jest jednopasmowa i na całej długości zakorkowana przez ciężarówki kierowcy taksówek, którzy mieli nas dostarczyć pod najdłuższą budowlę cywilizacji pojechali tym pasem, którego nie było, który miał być, a póki co był w budowie pozbawiony asfaltu ale nie wszystkiego tego, co na budowie mogłoby się potencjalnie znaleźć.

Z drugiej strony trzeba im przyznać, że mają refleks – być może to kwestia ewolucji i przetrwania najsilniejszych jednostek w kraju o ruchu wszechstronnym. W okolice Muru dotarliśmy cali i zdrowi, może tylko kilka lat starsi. Jeszcze śniadanio – obiad. Tu przez przypadek wykazałem się sprytem, który został nagrodzony – podczas gdy wszyscy na wszelki wypadek zamówili to co Jurao-san – czyli kurczaka z orzeszkami, ja zamówiłem wołowinę. I gdy reszta ekipy wciąż czekała na to, aż ich śniadanie wykluje się z jaj ja zdążyłem zjeść, podziękować i – w kraju 1,6 miliarda potencjalnych turystów – na Wielkim Murze Chin wylądowałem sam, w pojedynkę, zupełnie. Przynajmniej na kilka godzin bez innych turystów, bez ich obsługi. Fantastyczne przeżycie – obcowanie z miejscem i jego historią samotnie w najludniejszym kraju świata.

Po dwóch czy trzech godzinach większość ekipy dogoniła mnie, w strażnicach pojawiła się obsługa turystyczna – czyli ekipy mongołek z styropianowymi lodówkami pełnymi wody mineralnej i coca-coli … i bardzo dobrze, bo odcinek, który zwiedzaliśmy był odcinkiem malowniczo górskim, a nam nadal daleko było do przyzwyczajenia się do 35 stopniowych temperatur. Co ciekawe Chińczycy skasowali nas na wejściu, a potem na 100 metrów przed zejściem drugi raz. Skądś wiedzieli, że nie będzie się nam chciało wracać 15 kilometrów. Pod koniec przypomniałem sobie, że w Simatai można z muru zejść na dwa sposoby. Na nogach, oraz wspomagając się grawitacją, po linie nad jeziorem. Choć z reguły nie lubię wysokości zawierzyłem sznurkowi, uprzęży i gościowi, który mnie do tego podpiął. Potem był długi lot, łódka, autobus i spać…

2009

Wyprawa na całkowite zaćmienie Słońca – Chiny 2009 –…

Początkowo wyglądało, że to zaćmienie mnie ominie. Pierwsze próby zebrania ekipy nie wypaliły, a samemu – do kraju w którym nawet alfabet łaciński jest czymś niespotykanym – miałem opory jechać. Któregoś dnia dotarł do mnie e-mail z prośbą o wsparcie „medialne” organizowanej przez Arsoba Travel wyprawy na zaćmienie do Chin. Choć pieniądze przeznaczone początkowo na ten cel wydałem na wyjazd na Sycylię i do wulkanu Stromboli a resztę na odkupienie sprzętu fotograficznego zwodowanego w Wenecji nie zastanawiałem się zbyt długo – tego samego dnia skontaktowałem się z Jurkiem oferując pomoc w organizowaniu wyjazdu jako tzw „siła merytoryczna” – to właśnie ten telefon i wspólna przygoda w Chinach zadecydowały, że kolejne wyprawy już od podstaw planujemy i organizujemy wspólnie. A poniżej – fotograficzne wspomnienie z miesiąca spędzonego w Państwie Środka udowadniające, że jeżeli nawet pogoda na samym zaćmieniu nie jest idealna (choć i tak mieliśmy szczęście wśród porozrywanych chmur dostrzec koronę, protuberancje, perły Baily’ego i wszystko to, co czyni z całkowitego zaćmienia jedyny w swoim rodzaju spektakl) to dobrze zaplanowana wyprawa i zgrana ekipa pozostawią wspomnienia nie do przebicia na resztę życia (a przynajmniej do kolejnej wyprawy z nami na zaćmienie).

Spotkaliśmy się, w większości,  w Szczecinie (kilak osób dołączyło dopiero w Pekinie). Busikiem dotarliśmy do Berlina skąd pierwszy lot zabrał nas do Paryża. Po nocy spędzonej gdzieś nad Rosją i Chinami wylądowaliśmy w Pekinie gdzie przywitała nas inspekcja lekarska. Niby to oni wyeksportowali na cały świat parę odmian grypy, ale to tam po raz pierwszy zanim opuściłem samolot zostałem pod względem temperatury zbadany przez lekarza w masce na twarzy. Hmmm… a jakbym miał podwyższoną temperaturę w wyniku zmęczenia po kilkunastu godzinach lotu? Albo się czymś zatruł? Zawróciliby cały transport turystów – w końcu mógłbym mieć coś zakaźnego.

Ale przepuścili, choć pomiar temperatury wykonano nam przynajmniej raz jeszcze choć tym razem zdalnie. Z hali przylotów przejechaliśmy do głównej – niewiarygodnie olbrzymiej, głównej hali lotniska gdzie dołączyło do nas kilka osób lecących z innych, niż Polska, zakątków. Metrem dotarliśmy do hutongu, w którym znajdował się motel, a po kolejnych dwudziestu minutach spaceru mieliśmy gdzie spać. A że odczuwaliśmy głód (w tym również przygody) w kilka osób postanowiliśmy znaleźć coś do jedzenia. Było chińskie i ostre jak piorun. Ale dobre.


Hit Counter provided by orange county plumbing