Project Tag: Krajobraz

2012

Great Ocean Road – 12 Apostołów i przylądek Otway

Budzi nas piękny, słoneczny ranek. Dziewczyny szaleją na dziwacznej, gumowej trampolinie – po chwili dołączamy wszyscy fikając koziołki. Potem w drogę, ku najpiękniejszym wybrzeżom Australii – na Great Ocean Road. Przez większość dnia zaliczamy kolejne punkty widokowe zaczynając od plaży w Peterborough, gdzie o ostre, poszarpane skały rozbijają się fale. Na brzegu łąka usiana jest pomarańczowymi i żółtymi kwiatami. To chyba jedno z najpiękniej położonych pól golfowych świata.

Jedziemy dalej… w sumie to wracamy w kierunku Melbourne – zatrzymując się przy grocie, potem przy skałach o nazwie London Bridge. Woda ma wspaniałą barwę.  Eksplorujemy wybrzeże niedaleko Port Campbell – ukrytą zatokę, wyspę ptaków, z daleka dostrzegamy grupę bawiących się delfinów. Wreszcie docieramy do Dwunastu Apostołów. Tabuny turystów psują nieco urok miejsca ale co tam.

Czytaj więcej „Great Ocean Road – 12 Apostołów i przylądek Otway”

2012

USA 2012 – dzień 14 – Yosemite N.P.

Wstajemy jak zwykle niezwykle wcześnie. Po to, żeby wyprzedzić zapowiadaną na dzisiaj falę turystów. To święto w USA – Memorial Day, dzień pamięci. Wyruszamy w kierunku Yosemite pod niebem zaciągniętym po raz pierwszy od przyjazdu chmurami. Chyba zaczyna wychodzić z nas zmęczenie, bo na dobry początek zamiast w stronę Yosemite jedziemy w stronę przełęczy Sonora. W końcu trzeba sięgnąć po GPS-a i odnaleźć właściwą drogę. Przed Yosemite zatrzymujemy się w Groveland, uroczym, niewielkim miasteczku, które szczyci się najstarszą knajpą w Kalifornii – założoną w 1852 roku Iron Door Saloon.

Ruszamy w drogę, jednak pogoda jest coraz gorsza. Dolina Yosemite wita nas niskim chmurami. Zatrzymujemy się przy Cascade Creek na zdjęcia wodospadu, potem zjeżdżamy w dół do doliny, aż do El Capitana. Stamtąd docieramy na koniec doliny skąd zamierzamy dotrzeć do Vernal Falls, ewentualnie, jeżeli pogoda pozwoli do Nevada Falls. Jednak jest coraz gorzej. Temperatura spada do 3ºC. Mijamy ogromny camping z namiotami numerowanymi do blisko tysiąca. Zaczyna padać śnieg zmieszany z deszczem. Idziemy w górę szlaku mgieł – Mist Trail, który prowadzi do wodospadów. Przez chwilę pada drobny grad, potem nieco się przeciera tak, że do mostu pod Vernal Falls docieramy wraz z przebłyskami Słońca.

Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 14 – Yosemite N.P.”

2012

USA 2012 – dzień 10 – Zebra Slot, Capitol…

Rano wczesna pobudka i szybkie śniadanie w restauracji będącej częścią motelu Circle D – najlepszego jako dotąd na naszej trasie. Jajka rozczarowują Maćka więc domawia jeszcze omlet… Jego prywatny tasiemiec nie da się oszukać byle czym. Ruszamy w drogę 12-ką, ale za chwilę opuszczamy asfalt kierując się w prawo w Hole-in-the-Rock Road, żwirową drogę wiodącą w dół Escalante ku jednej z przepraw przez Colorado. Kiedyś drogi tej używali osadnicy, bowiem od przeprawy wiodła wzdłuż Harris Wash, generalnie suchej rzeki, która jednak od czasu do czasu dostarczała wody skrytej w bocznych kanionach szczelinowych. Zmierzamy ku jednemu z nich – szczelinie Zebry (Zebra Slot). Za nami unosi się tuman pyłu, ale Explorer sprawnie radzi sobie z nierównościami. Zerkam na GPS-a żeby nie przegapić miejsca, gdzie trzeba zostawić auto i ruszyć w otaczającą nas półpustynię. Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 10 – Zebra Slot, Capitol Reef N.P.”

2012

USA 2012 – dzień 8 – Zion N.P.

Rano szybkie śniadanie w Royal Inn i wskakujemy do samochodu by odwiedzić lokalne Bureau of Land Management – urząd zarządzający terenami federalnymi, w którym codziennie odbywa się losowanie wejściówek do Fali – the Wave of Escalante. Miejsce to jest niezwykle popularnym celem wędrówek fotograficznych, a BLM zdecydowało o ograniczeniu liczby osób, jakie wpuszcza na ten kawałek pustyni do dwudziestu osób dziennie. Z jednej strony podyktowane jest potrzebą ochrony niezwykłego miejsca, z drugiej niechęcią agencji do organizowania wypraw ratunkowych – trasa bowiem wiedzie przez nieoznakowaną pustynię i podobno często ktoś tam się gubi. Z puli dwudziestu miejsc dziesięć można zarezerwować z czteromiesięcznym wyprzedzeniem (jednak zanim ustaliłem gdzie jest Wave i spróbowałem ją wkomponować w naszą trasę miejsca były zarezerwowane już do końca sierpnia), a pozostałem dziesięć jest losowane w codziennej loterii. Do BLM docieramy jako jedni z pierwszych jednak to nie kolejność jest istotna, a łut szczęścia. A chętnych dzisiaj jest nieco ponad 100 osób. Tyle co wczoraj.

Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 8 – Zion N.P.”

2012

USA 2012 – dzień 7 – Kanion Antylopy, North…

To pierwszy chyba w trakcie wyjazdu dzień, kiedy nie musimy zrywać się o świcie. By zrobić zdjęcia słynnych smug światła należy do kanionu Antylopy wejść w godzinach okołopołudniowych – jesteśmy umówieni na „Photo Tour” na godzinę jedenastą, więc na miejscu – które od Page oddalone jest o kwadrans jazdy samochodem, planujemy dotrzeć około 10:00 – 10:30. Śniadanko, potem drobne zakupy warzywno-owocowo-ciasteczkowe – plus oczywiście zapas wody, i jedziemy. Dopisujemy się do krótkiej listy grupy, która będzie fotografowała i po chwili, w ósemkę, ruszamy otwartym jeepem piaszczystym dnem suchej rzeki w kierunku górnego odcinka kanionu Antylopy. Koniec drogi jeepów znaczy pęknięta skała, z której zdaje się wypływać rzeka piasku – to gardziel kanionu. Obok stoi już kilka innych jeepów. Wyładunek i w drogę. Wrażenia z kanionu trudno nawet próbować opisać – zdjęcia oddają najlepiej to co tam się dzieje, choć nie ukazują kotłującego się tłumu turystów wędrujących w grupach w te, i z powrotem, przepychanki, walki naszego przewodnika – Indianina Navajo imieniem Dale, by wykroić dla nas z tego tłumu chwile sam na sam z kanionem, oczekiwania na moment, kiedy wąski promień światła ześliźnie się po ścianie kanionu i dotknie jego dna. Pyłu zawieszonego w powietrzu wspomaganego przez przewodników wrzucających w strugi światła piasek by jeszcze lepiej podkreślić grę światła. Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 7 – Kanion Antylopy, North Rim Grand Canyon N.P.”

2012

USA 2012 – dzień 6 – Petrified Forest N.P.,…

Rano – wczesny wyjazd. Po drodze jednak zamiast zawinąć do jakiegoś baru na śniadanie – wtapiamy do sklepu handlującego wszystkim, co da się zrobić ze skamieniałego drewna. Choć bowiem najbogatsze złoża tego surowca są pod ochroną w parku narodowym, do którego zmierzamy, inne – leżące na prywatnych terenach, dostarczają ogromnych ilości tego niezwykłego materiału, z którego wykonuje się się wszystko – od szlifowanych plastrów, które można ustawić na stole jako ozdobę po – stoły. Stołu jednak nie miałbym jak przewieźć w bagażu podręcznym. Poza tym cena. Kilkadziesiąt tysięcy dolarów to o kilka dolarów zbyt dużo. Mimo to sklep opuszczamy lżejsi o sporo dolarów, a nasze bagaże znacząco cięższe – kawałek skamieniałego drewna waży całkiem sporo. Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 6 – Petrified Forest N.P., Canyon de Chelly, Monument Valley”

2012

USA 2012 – dzień 5 – powrót z kanionu…

Rano budzi nas indiański ranger przypominając, że konie już czekają. Zbieramy śpiwory, pianki i namioty. Pakujemy i wędrujemy na wschodni koniec kampingu gdzie czekają na nas Indianie Havasupai i ich słynne konie. Bagaże wędrują do jednego z Indian, który zarządza transportem „towaru”, my do Indianki odpowiedzialnej za „zwłoki” (po wczorajszym dniu tak mniej więcej się czuję). Maciek, jako doświadczony jeździec, będzie prowadził. Kasia – bez doświadczenia – ląduje na sznurku, na którym poprowadzi ją nasza przewodniczka. Ja – ze średnim doświadczeniem jeździeckim – ląduję w środku konwoju. Bez sznurka -czyli z odrobiną władzy. W końcu wyruszamy – na razie do „Tourist Office” żeby zapłacić za tę przyjemność. Po drodze mijamy – i żegnamy – kolejne wodospady tego rajskiego zakątka. Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 5 – powrót z kanionu Havasupai, Meteor Crater”

2012

USA 2012 – dzień 4 – kanion Havasupai

Obudziliśmy się tym razem nieco później niż planowaliśmy, ale wciąż jeszcze przed świtem. Dzięki temu zdążyliśmy się przygotować do wymarszu i wyruszyć gdy światło Słońca dotknęło przeciwległej krawędzi kanionu, w głąb którego mieliśmy zejść. Gdy przygotowywaliśmy plecaki, wodę i sprzęt – jak również samochód, który miał tu pozostać bez opieki przez kolejną noc, na parking zajechał autokar wypuszczając sporą gromadkę młodzieży przypominającej nieco skautów. Ci jednak byli zwarci i gotowi i ruszyli znacznie wcześniej niż my, więc na szlaku było cicho i spokojnie.

Ścieżka po dwóch zakrętach wyprowadziła nas nad coś na kształt gardzieli, którą następnie zakosami gwałtownie powędrowała kilkaset metrów poniżej. Dla pieszego jednak była wystarczająco szeroka, by nie powodować lęku, a jedynie zachwyt otwierającym się coraz szerzej krajobrazem. Gdy dotarłem do wzniesienia u jej dolnego końca niezwykłość otoczenia, ściany kanionu wokół mnie, wschodzące Słońce, i widok rudych zadrapań w jego dnie, zadrapań, które jak się słusznie domyśliłem były kolejnym stopniem w dół, wąskim kanionem, który miał nas za kilka godzin doprowadzić do doliny Błękitnej Wody – wszystko to spowodowało, że poczułem ogromny zachwyt tym miejscem, wibrującym wprost jakąś niesamowitą energią. I nie był to ostatni raz tego dnia, kiedy stałem oniemiały przed otaczającym mnie pięknem.
Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 4 – kanion Havasupai”

2012

USA 2012 – dzień 3 – Zapora Hoovera

Wieczorem Kasia przyznała się, że od wylądowania ma problem z nogą. Spacery w sięgającym 46º upale w Dolinie Śmierci jakoś, o dziwo, nie pomogły. A że wcześniej miewała problemy więc powinniśmy zajrzeć do jakiegoś lekarza. OK. Przyglądam się trasie i wychodzi na to, że najsensowniejszym miejscem będzie szpital regionalny w Kingsman. Na początek śniadanie w czymś a’la cukierenka przy naszym motelu – Coco’s Bakery. Smacznie i niedrogo. Czyli super.

Zanim ruszymy w dalszą drogę musimy jeszcze zrobić nieduże zakupy w Las Vegas, a skoro już jedziemy przez to dziwne miasto, to przejedźmy się wzdłuż „the Strip” jak najdalej na północ, aż do miejsca gdzie zaczyna być widać kryzys – wyburzone kasyna, które miały zastąpić nowsze straszą pustymi placami albo niedokończonymi budowami. Zawracamy i kierujemy się w stronę walmartu. Po drodze tankowanie. Potem zakupy – jabłka, banany, ice-box, woda, pieczona fasolka w puszkach – w Supai może być drogo, albo wcale. Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 3 – Zapora Hoovera”

2012

USA 2012 – dzień 2 – Dolina Śmierci

Rano – wspólną decyzją wyruszamy godzinę wcześniej. Śniadanie w Wendy’s za płotem motelu – konkretne, jak to w USA. Następnie autostradą kierujemy się na północ przez wysuszoną, pofałdowaną Kalifornię. Mijamy ogromną farmę wiatraków, które następnie zastępują wysokie góry. Przy temperaturze koło nas sięgającej trzydziestu kilku stopni trudno uwierzyć, że nad nami skrzy się śnieg.

Bez większych kłopotów odnajdujemy drogę prowadzącą do Parku Narodowego Doliny Śmierci. Roślinność wokół nas przypomina dokąd jedziemy – wypalone Słońcem szare krzewy i drzewiaste jukki opowiadają historię suszy i ciężkiego życia na pustyni. Im dalej tym jest ich mniej. Wkrótce znikają wszystkie, poza drogą, ślady cywilizacji. Kręta droga wyprowadza nas nad rozpadlinę, której barwy i ostrość konturów przypominają szczelinę otwartego wulkanu. Zjeżdżamy w dół szerokiej doliny by po chwili znów wspinać się w górę krętą drogą. Dopiero za tym grzbietem otwiera się właściwa dolina śmierci. Jednak wcześniej tankujemy. Głupio by było zostać tam w dole bez paliwa. Czytaj więcej „USA 2012 – dzień 2 – Dolina Śmierci”


Hit Counter provided by orange county plumbing