USA 2012 – dzień 6 – Petrified Forest N.P., Canyon de Chelly, Monument Valley

USA 2012 – dzień 6 – Petrified Forest N.P.,…

Rano – wczesny wyjazd. Po drodze jednak zamiast zawinąć do jakiegoś baru na śniadanie – wtapiamy do sklepu handlującego wszystkim, co da się zrobić ze skamieniałego drewna. Choć bowiem najbogatsze złoża tego surowca są pod ochroną w parku narodowym, do którego zmierzamy, inne – leżące na prywatnych terenach, dostarczają ogromnych ilości tego niezwykłego materiału, z którego wykonuje się się wszystko – od szlifowanych plastrów, które można ustawić na stole jako ozdobę po – stoły. Stołu jednak nie miałbym jak przewieźć w bagażu podręcznym. Poza tym cena. Kilkadziesiąt tysięcy dolarów to o kilka dolarów zbyt dużo. Mimo to sklep opuszczamy lżejsi o sporo dolarów, a nasze bagaże znacząco cięższe – kawałek skamieniałego drewna waży całkiem sporo.

Chwilę później docieramy do wjazdu do parku narodowego Skamieniałego Lasu. Za Visitor Center ścieżka prowadzi pomiędzy skamieniałe drzewa rozrzucone na wzgórzach w „zagajniku” Giant Logs – ogromnych pni.  Wśród rozrzuconych większych i mniejszych fragmentów wyróżnia się ogromne, powalone jakby w całości drzewo z wciąż rozpostartymi korzeniami. Podwożę Kasię i Maćka kilkaset metrów dalej – na ścieżkę wiodącą w prawo, w stronę Long Logs – długich pni. Doganiam ich po zaparkowaniu samochodu, a chwilę potem tracimy dobre dwadzieścia minut nie na pnie, ale pozującą jakby specjalnie dla nas wielokolorową jaszczurkę. Wędrujemy wśród stosów drzew sprzed 200 milionów lat, rozrzuconych na przypominających niewielkie kopce pagórkach.

Kolejny postój – Jasper Forest (Jaspisowy Las) – ukazuje szeroką dolinę, z której krawędzi erozja wypłukuje powoli kolejne pnie. Podobno kiedyś, zanim powstał Park Narodowy, skamieniałego drewna było na dnie doliny znacznie więcej. Teraz widok raczej rozczarowuje.

Skręcamy w prawo na Błękitny Stół – Blue Mesa. To tu można sfotografować klasyczne widoki z Petrified Forest – pomarańczowe pnie ułożone jeden za drugim w wyschniętym korycie erozyjnym czy takie, które podparte są jeszcze na piedestale z miękkich skał. Kolejne punkty widokowe odsłaniają fantastyczne barwy pustyni. Na koniec pół biegiem schodzimy szlakiem Blue Mesa Trail, wiodącym pomiędzy niesamowicie zabarwione, sine, wzgórza Badlands. Szlak wije się u ich stóp, otwierając się na jedno za drugim, fantastyczne kadry, którym dodatkowo pomaga piękne, granatowe niebo z dokładnie właściwie dobraną domieszką obłoków. Szybkim marszem szlak pokonuję w 45 minut. Kilka minut później dołączają Kasia i Maciej.

Ruszamy dalej na północ, po drodze tylko na moment zatrzymując się tu i ówdzie by sfotografować kolejne niezwykłe skały. Czas goni, tym bardziej, że za I-40 czeka na nas druga część parku – Painted Desert – pomalowana pustynia. Tu nie ma szlaków, tylko krawędzią wznoszącej się nad barwnymi skamieniałymi wydmami mesy wiedzie droga z punktami widokowymi. Zatrzymujemy się kolejno na Lacey Point, Whipple Point, Chinde Point oraz Kachina Point. Barwy pustynie nie zawodzą – róże, czerwienie, brązy, biele i czernie mieszają się pasmami po horyzont.

Kolejny punkt programu to już Canyon de Chelly, wiele mil na północ. Wiele piaskowych wirów wędrujących po okolicy później.  I po obiedzie, który w Chinle jemy w Churche’s Chicken – sieciówce, bowiem wybrana wcześniej restauracja okazuje się zamknięta. Kurczaki całkiem smaczne, sycące, niestety także wściekle tłuste. Ale co tam. Odtruwać można się całą resztę życia.

Wpadamy na drogę widokową wiodącą wzdłuż południowej krawędzi kanionu – South Rim Drive, kierując się ku najdalej na wschód wysuniętemu punktowi wyprawy – blisko 200-metrowej skalnej iglicy – Spider Rock – która wznosi się na połączeniu kanionów de Chelly i Monument. W pierwszej chwili zalewa mnie krew. Skała jest w cieniu – wygląda na to, że Słońce jest już zbyt nisko – a do Monument Valley mamy przecież jeszcze dwie godziny jazdy. Ale po chwili cień przesuwa się, zasłaniając mrokiem przeciwległą ścianę kanionu, co tym bardziej podkreśla niesamowitość iglicy. Na szczęście to była tylko chmura. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na zdjęcia jeszcze prze White House (tu kupujemy pamiątki) Overlook, z którego widać w leżącej naprzeciw pionowej, płaskiej ścianie wąską grotę, a w niej ruiny pueblo Indian żyjących to około 1000 lat temu. Jeszcze tylko zerknięcie na Junction Overlook – z którego widać połączenie kanionu de Chelly z kanionem Muerto – i ruszamy w dalszą drogę.

Tym razem nerwowo obserwuję zniżające się Słońce. Według zegara do jego zachodu powinniśmy mieć trzy godziny. Jednak wydaje się być zbyt nisko. Pędzimy więc na północ, potem na zachód zatrzymywani tylko na moment przez otwierające się przed nami krajobrazy. Niestety fizyka nie liczy się z niuansami stref czasowych – na miejscu, w Utah, okazuje się, że choć stan ten leży dokładnie na północ od Arizony, i choć oba są teoretycznie w tej samej strefie czasowej – w Utah nie obowiązuje czas letni. Docieramy zbyt późno. Według planów mieliśmy dotrzeć godzinę przed zachodem Słońca i mieć czas na przejazd drogą pomiędzy monolitami Monument Valley. Jednak na punkt widokowy docieramy kwadrans przed zachodem Słońca, które na dodatek kryje się w niskich chmurach. Nie ma czasu na Scenic Drive, ale są ostatnie widoki monumentów w dolinie oświetlonych zachodzącymi promieniami Słońca. Zostajemy kolejną godzinę, najpierw kupując pamiątki, później na kawie po to, żeby spróbować sfotografować dolinę w nocy, z gwiazdami kreślącymi łuki nad skałami. Z powodzeniem

W końcu ruszamy w drogę do Page, dokąd docieramy około północy – ponownie wg czasu Arizona. Tu czeka na nas niemiła niespodzianka. Rezerwacja robiona przeze mnie pół roku wcześniej z niewiadomych przyczyn została anulowana. Lekko się denerwuję jako pilot i opiekun wyprawy – na szczęście obok, w motelu Super 8 są miejsca – a przy niewiele wyższej cenie, standard okazuje się znacznie wyższy. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

Padamy spać, jutro czeka na nas kanion Antylopy.

Tomasz Czarnecki
Urodzony w roku lądowania na Księżycu... ale na razie nie udało mi się tam polecieć. Fotografuję od podstawówki, pierwszy aparat to smiena, jednak tak ciągnęło mnie do prawdziwych aparatów z wymienną optyką, że ukręciłem jej obiektów. W liceum na rok emigrowałem do Kanady, gdzie z jednej strony po raz pierwszy zetknąłem się z komputerami (i usiłowałem napisać pierwszy swój symulator lotu rakiety) a z drugiej dorobiłem się pierwszego Nikona (FG20 czy jakoś tak). W liceum byłem znany jako ten aparat z aparatem. Studia architektury zacząłem na Politechnice Śląskiej by zaraz potem kontynuować je skutecznie, do tytułu BArch na Uniwersytecie Stanowym Louisiana, gdzie miałem również okazję studiować minor z fotografii (w tym czasie przesiadałem się przez kilka Nikonów, aż do F3). Po pięciu latach w USA (i objechaniu tego kraju cztery razy dookoła, i raz Meksyk) trafiony "patryjotycznością" wróciłem do Polski, dokończyłem studia architektury do tytułu magistra... i na tym skończył się niestety mój romans z architekturą - cale, stopy, funty i normy amerykańskie jakoś niewiele mi się przydały, natomiast był to okres, kiedy doceniono moje umiejętności graficzne - kolejne pięć lat byłem redaktorem naczelnym "Magazynu 3D". Współpraca skończyła się... wkrótce potem padło czasopismo, ale to zupełnie inna historia i raczej nie na trzeźwo. Wróciłem do fotografii tworząc portal dfoto.pl i astronomii - teleskopy.net - i podróżowania. Egipt, Włochy, Francja, Wielka Brytania, Bułgaria, Chorwacja, Sycylia, Chiny - samochodem z namiotem byle zobaczyć więcej, i zajrzeć tam, gdzie mało kto zajrzał przede mną. Razem z Arsoba Travel zorganizowałem dwie udane wyprawy na zaćmienia Słońca. Po czym ruszyłem dalej w świat - Australia i Nowa Zelandia, i wielki powrót do USA, na zachód których od lat jeżdżę robić zdjęcia - i zapraszam do dołączenia do mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Hit Counter provided by orange county plumbing