Uluru-Kata Tjuta National Park

Uluru-Kata Tjuta National Park

Wstajemy przed świtem, żeby zająć dobre miejsce pod Uluru czekając na pierwsze promienie Słońca. Początkowo sprawy wyglądają mizernie. Niebo przykrywa ciężka powłoka chmur. Tłum się zagęszcza – trzeba pilnować, żeby nikt nie potrącił kamery, która robi poklatkowy film ze wschodu Słońca. Kręci się sporo Chińczyków z ciężkim sprzętem fotograficznym – cegłowate, profesjonalne Nikony, w rękach, które nie wiedzą jak je obsłużyć nieco śmieszą. A może bardziej wywołują zawiść i zadziwienie. No tak – w końcu to kraj gdzie w ostatnich latach przybyło najwięcej milionerów.


Słońce nie zawodzi. W najważniejszym momencie przebija się przez chmury rozpalając przed nami czerwoną skałę.

Wracamy na śniadanie do Yulary, po czym ruszamy na trekking wokół Uluru. Czasu jest sporo, więc nie trzeba się spieszyć. Każdy we własnym tempie, Jerzy gdzieś z przodu, my z Kasia zamykamy grupę, mogąc nasycić się towarzystwem niezwykłej góry, z jej dziwną barwą, teksturą. Śladami wody. Naskalnymi malunkami Koori. Zapachem figowców.

Po zamknięciu pętli wsiadamy do samochodów i jedziemy do oddalej o 40 kilometrów grupy podobnych do Uluru skał – Katja Tjuta/Olgas. A tak na prawdę – na drugi koniec tego ogromnego monolitu. Wygiętego przez miliony lat ruchów tektonicznych i przykrytego późniejszymi osadami. Katja Tjuta są i podobne do Uluru – barwą, strukturą… i inne – pocięte wieloma głębokimi kanionami. Zaglądamy do jednego z nich, ale że czas nas nieco zaczyna gonić, żegnamy Uluru i Katja Tjuta – i wygłodniałe turystów muchy i ruszamy w dalszą drogę.

Po drodze w Yulara łapiemy szybki lunch i ruszamy do Alice Springs. Długa droga przed nami. Zachodzące pod zbierającymi się na kolejną burzę chmurami Słońce niezwykłym światłem oświetla równie niezwykłą pustynię. Barwy są ostre, nieziemskie. Potem przybywa burza, rozpalając niebo potężnymi piorunami. Z deszczem docieramy do Alice Springs.

Tomasz Czarnecki
Urodzony w roku lądowania na Księżycu... ale na razie nie udało mi się tam polecieć. Fotografuję od podstawówki, pierwszy aparat to smiena, jednak tak ciągnęło mnie do prawdziwych aparatów z wymienną optyką, że ukręciłem jej obiektów. W liceum na rok emigrowałem do Kanady, gdzie z jednej strony po raz pierwszy zetknąłem się z komputerami (i usiłowałem napisać pierwszy swój symulator lotu rakiety) a z drugiej dorobiłem się pierwszego Nikona (FG20 czy jakoś tak). W liceum byłem znany jako ten aparat z aparatem. Studia architektury zacząłem na Politechnice Śląskiej by zaraz potem kontynuować je skutecznie, do tytułu BArch na Uniwersytecie Stanowym Louisiana, gdzie miałem również okazję studiować minor z fotografii (w tym czasie przesiadałem się przez kilka Nikonów, aż do F3). Po pięciu latach w USA (i objechaniu tego kraju cztery razy dookoła, i raz Meksyk) trafiony "patryjotycznością" wróciłem do Polski, dokończyłem studia architektury do tytułu magistra... i na tym skończył się niestety mój romans z architekturą - cale, stopy, funty i normy amerykańskie jakoś niewiele mi się przydały, natomiast był to okres, kiedy doceniono moje umiejętności graficzne - kolejne pięć lat byłem redaktorem naczelnym "Magazynu 3D". Współpraca skończyła się... wkrótce potem padło czasopismo, ale to zupełnie inna historia i raczej nie na trzeźwo. Wróciłem do fotografii tworząc portal dfoto.pl i astronomii - teleskopy.net - i podróżowania. Egipt, Włochy, Francja, Wielka Brytania, Bułgaria, Chorwacja, Sycylia, Chiny - samochodem z namiotem byle zobaczyć więcej, i zajrzeć tam, gdzie mało kto zajrzał przede mną. Razem z Arsoba Travel zorganizowałem dwie udane wyprawy na zaćmienia Słońca. Po czym ruszyłem dalej w świat - Australia i Nowa Zelandia, i wielki powrót do USA, na zachód których od lat jeżdżę robić zdjęcia - i zapraszam do dołączenia do mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Hit Counter provided by orange county plumbing