Rotorua – gejzery Wai-o-Tapu – trawers wulkanu Tongariro

Dzień zaczynamy od wizyty przy bulgocącyh jeziorach błotnych w Wai-o-tapu (maori – święte wody). Nad wodą unoszą się opary o ostrym zapachu siarkowodoru, jezioro bulgoce i co chwila wurzuca nad powierzchnię rozrywające się błotniste bąble. W większości bąble te są niewielkie jednak w kilku miejscach trwa większa aktywność, bąble wylatują na wyskokść ponad metra i rozrywając się ochlapują szarym błotem otoczenie. Jezioro jest pełne dżwięków, zapachów – zdaje się żyć i oddychać.

Podjeżdżamy pod centrum dla odwiedzajacych, żeby sprawdzić, o której wybucha największy gejzer w okolicy – Lady Knox – i ile kosztuje wejście. Okazuje się, że eksplozje mają miejsce codziennie o 10:15 czyli za mniej niż 45 minut. Kupujemy bilety i podjeżdżamy na parking przy gejzerze. Powyżej gejzeru zbudowana jest widownia, zajmujemy srtategiczne miejsca uwzględniając kierunek wiatru i tło.

O 10. zaczyna się prezentacja historii gejzeru. Okazuje się, że gejzer odkryła w 1901 roku grupa więżniów, gdy w gorącej wodzie prali swoje ubrania. Dodanie do wody mydła obiżyło napięcie powierzchniowe w zbiorniku chłodniejszej wody znajdującym się ponad drugim zbiornikiem przegrzanej wody. To doprowadziło do pierwszej erupcji. Dzięki temu odkryciu możliwe było zaplanowanie erupcji na konkretną godzinę każdego dnia. Parę minut przed erupcją ranger wrzuca w stożek wulkanu trochę ekologicznego mydła. Gdy kończy mówić z gardzieli gejzeru zaczyna wydobywać się coraz więcej piany, po czym dobiega pomruk budzącego się do życia stwora. A z wapiennej dyszy wznosi się w powietrze wysoki na kilkanaście metrów słup wody.

No Old Faithfull z Yellowstone to to nie jest. Ale także piękny.

Zatrzymujemy się na chwilę nad jeziorem,Ohakiru, na którego drugim brzegu wznoszą się tarasy gejzerów Orakei Korako (maori – Miejsce upiększania). Mimo zalania 2/3 tarasów w 1961 po zbudowaniu zapory na rzece Waikato, w efekcie czego na rzece powstało sztuczne jezioro a poziom wody podniósł się o 18 metrów, Orakei Korako pozostaje największym systemem geotermalnym Nowej Zelandii. Niestety ze względu na planowany na dzisiaj trawers Tongariro i stracony (?) czas w Wai-o-Tapu decydujemy się jechać dalej.

Jadąc dalej w kierunku Tongariro mijamy ogromne jezioro Taupo – drugie najwięsze słodkowodne jezioro Oceanii. Mające ponad 600km kwadratowych jezioro wypełnia gigantyczną wulkaniczną kalderę, która powstała 28 000 lat temu w wyniku największej w ostatnich siedemdziesięciu tysiącach lat eksplozji superwulkanu Oruanai. Wybuch ten wyrzucił blisko 1200 km³ materiału wulkanicznego (dla porównania góra św. Heleny wyrzuciła ok 1 km³ materii). Co więcej nie był to ostatni potężny wybuch tego wulkanu. Od wydarzenia Oruanai wybuchał 27 razy – najpotężniej w okolicach 200 roku n.e. gdy w wybuchu Hatepe wyrzucił około 100 km³ popiołów.

Dzisiaj jezioro jest spokojne, na jego brzegu opalają się dziewczyny. Kwitną łubiny i żarnowce.

Docieramy na parking w Ketetahi skąd mam wyruszyć sam przedz Tongariro do Mangatepopo, gdzie Jerzy zostawi auto, którym z kolei wrócę po resztę ekipy. Na szczęście dołącza do mnie Stefan. Zawsze raźniej wędrować we dwóch – szczególnie gdzieś, gdzie jestem pierwszy raz. Ruszamy w górę mijając ostrzeżenia o laharach – Te Māri, jeden z kraterów wulkanu Tongariro, uaktwynił się dwa miesiące temu wyrzucając metrowej średnicy głazy na odległość 2 km i między innymi uszkadzając schronisko Ketetehi.

Początkowo ścieżka wspina się wzdłuż bulgocącego strumienia przez rzadki las i mijamy sporo schodzących w dół turystów. Ktoś zagadauje nas jakie mamy plany i wyraża niedowierzanie słysząc, że zamierzamy dojść do Mangatepopo. Przed nami przecież ponad 19km. Wkrótce las zastępują wysokie, rude trawy. Odbiajamy w – oficjalnie zamkniętą – ścieżkę wiodącą do gorących źródeł Katetahi. Wypłwajacy z dymiącej doliny strumień faktycznie jest ciepły. Kawałek dalej wyjaśnie się przyczyna zamknięcia skrótu. Świeże, dymiące lekko, osuwisko zastąpiło pewnie z setkę metrów szlaku. A że w takich miejscach grunt może być niestabilny razem ze Stefanem decydujemy się nie ryzykować i zawracamy do głównego szlaku. Dymiący w odległości kilometra krater Te Māri przypomina, że to nie jest nasze podwórko.

Ze szlaku rozciąga się wspaniały widok na stożki wulkaniczne i jeziora – wśród nich Taupo – na północ od nas. Nad nami po prawej góruje północny krater Tongariro, po lewej dymi masyw krateru Te Māri. Im wyżej tym więcej leży śniegu. Roślinność robi się alpejska, wokół widać coraz więcej wyglądających na świeże bomb wulkanicznych i kilkumetrowej średnicy kraterów po uderzeniach przez wyrzucone przez wulkan bomby. Przez przełęcz pomiędzy kraterami docieramy nad leżące nad centralnym kraterem cudownie piękne Niebieskie jezioro wypełniające… kolejny krater. Tu już nie ma innych turystów, a zarówno mnie jak i Stefana dopada piękno tego krajobrazu.


Przed nami otwiera się otoczony ostrymi górami centralny krater wypełniony śniegiem. Jest… no… pięknie! PIĘKNIE! Po prostu pięknie. Cudownie. Wspaniale. Bosko. Magicznie. W połowie drogi przez centralny krater spotykamy Tadka, idącego na czele ekipy idącej Mangatepopo do Ketetahi. Witamy się miśkami.

Nad nami wznosi się ostry szczyt Czerwonego Krateru, na którego wierzchołku poruszają się drobne figurki. Tadek rozwieja złudzenia i nadzieję, że szlak biegnie gdzieś wokół stromego szczytu, który wznosi się wysoko ponad nami. Mijamy cydownie szmaragdowe jeziora, na brzegach których dymią fumarole. Stok Czerwonego Krateru dymi w swych rudościach, brązach i czerwieniach. W połowie stoku spotykamy Pawła, Kasia i Jurka. My również serdecznie się witamy i robimy pamiątkowe zdjęcie z wyprawową flagą.

Podejście okazuje się mniej wyczerpujące niż wyglądało z centalnego krateru. A widok, który otwiera się za grzbietem ponownie zapiera ponownie dech w piersiach. Południowy krater wypełniają pasma śniegu, na prawo wznosi się główny szczyt Tongariro, a przed nami regularny, wulkaniczny stożek Ngauruhoe – najmłodzego wulkanu masywu. Wulkan ten w 20. wieku wybuchał 45 razy. We Władcy Pierścieni Petera Jacksona to właśnie ten stożek wcielił się w rolę Orodruiny (Góry Przeznaczenia), a spływy piroklastyczne na zachodnich stokach, którymi wiedzie w dół szlak odegrały rolę pól Mordoru. Gdy wchodzimy do tej martwej krainy zachodzące Słońce czerwonym światłem oświetla oba wulkany.

Na parking docieramy po ciemku. Obaj, ze Stefanem, pełni zachwytu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Hit Counter provided by orange county plumbing