USA 2012 – dzień 3 – Zapora Hoovera

Wieczorem Kasia przyznała się, że od wylądowania ma problem z nogą. Spacery w sięgającym 46º upale w Dolinie Śmierci jakoś, o dziwo, nie pomogły. A że wcześniej miewała problemy więc powinniśmy zajrzeć do jakiegoś lekarza. OK. Przyglądam się trasie i wychodzi na to, że najsensowniejszym miejscem będzie szpital regionalny w Kingsman. Na początek śniadanie w czymś a’la cukierenka przy naszym motelu – Coco’s Bakery. Smacznie i niedrogo. Czyli super.

Zanim ruszymy w dalszą drogę musimy jeszcze zrobić nieduże zakupy w Las Vegas, a skoro już jedziemy przez to dziwne miasto, to przejedźmy się wzdłuż „the Strip” jak najdalej na północ, aż do miejsca gdzie zaczyna być widać kryzys – wyburzone kasyna, które miały zastąpić nowsze straszą pustymi placami albo niedokończonymi budowami. Zawracamy i kierujemy się w stronę walmartu. Po drodze tankowanie. Potem zakupy – jabłka, banany, ice-box, woda, pieczona fasolka w puszkach – w Supai może być drogo, albo wcale.

W końcu kierujemy się z powrotem wzdłuż Tropicana Ave i dalej ku zaporze Hoovera. Trzeba tylko pamiętać, żeby w odpowiednim miejscu zjechać na Hoover Dam Access Road – inaczej przemknęlibyśmy mostem ponad tamą zupełnie jej nie widziawszy. Zanim dojedziemy do tamy kontrola bezpieczeństwa – to efekt zaostrzonego w USA rygoru antyterrorystycznego. Ale kontrola wcale nie jest rygorystyczna. Może wzbudzamy zaufanie. Tak czy owak strażnik tylko zerka na nas i macha ręką. Zahaczamy o płatny parking po stronie Nevady, ale jakoś ceny nie robią na nas dobrego wrażenia – więc jedziemy dalej, koroną tamy, na stronę Arizony. A podobno miała być zamknięta. Nie jest, więc po drugiej stronie znajdujemy parking z ostatnim wolnym miejscem. Darmowy. Łapiemy aparaty i wracamy ku zaporze. Tafla jeziora jest znacznie niżej niż w mojej pamięci. Wieże poboru wody do generatorów wznoszą się wysoko ponad nią. Daleko jej do poziomu przelewów awaryjnych. Trudno ocenić skalę gdy stoi się przed tak gigantycznymi konstrukcjami ale pewnie jest jej kilkanaście metrów mniej. Przechodząc niżej zauważam znak informujący jakich maksymalnie wymiarów może być bagaż wnoszony do wnętrza zapory. Ja się mieszczę – ale plecaki Kasi i Maćka z pewnością nie. Wracają do auta a ja powoli, fotografując, wędruję w kierunku samej zapory.

Gdy zaglądam do szmaragdowej zatoczki obok przelewu awararyjnego zauważam ławicę konkretnych rozmiarów „obiadów”. Sprytne ryby wiedzą, że ten obszar jest „off-limits”, zakazany dla wędkarzy i motorówek. Za blisko tamy. Kilkaset metrów dalej linia boi wyznacza bezpieczny obszar. Gdy usiłuję sfotografować rybim okiem zewnętrzną ścianę zapory doganiają mnie Kasia i Maciek. Idziemy dalej fotografując co się da, do pomników po drugiej stronie tamy oraz centrum dla odwiedzających. Kupujemy bilety wstępu i po chwili siedzimy w maleńkim kinie. Filmu, który oglądamy, jego kadrów i ujęć nie powstydziłby się żaden propagandowy konsomolec – duma i chwała narodu, okupiona znojem i krwią ludu… tama Hoovera.

Przechodzimy do windy, która zabiera nas kilkaset metrów w dół, do jednego z tuneli, którymi kiedyś przekierowano Colorado na czas budowy tamy. Stoimy na podeście nad ogromną rurą, którą teraz ta sama Colorado zasila 30 metrowej wysokości generatory. Pomieszczenie wibruje  pod wpływem prącej rzeki. Wracamy bocznym tunelem do windy, i jedziemy chwilę w górę, na pięto galerii widokowej nad halą generatorów. Widać jedynie ich kilkunastometrowej wysokości szczyty, wirujące trzpienie w ogromnych jarzmach. Hala ma ze dwieście metrów długości. Podobno od jeziora Meade dzieli nad ściana betonu o jeszcze większej grubości. Pamiątkowe zdjęcia i czas wracać na górę. Tu w muzeum rozdzielamy się, by na chwilę spotkać na platformie widokowej. Na taką okazję wcześniej poinformowałem Kasię i Maćka, że gdybyśmy się zgubili spotykamy się przy samochodzie. Maćka odnajduję po chwili – Kasi nie widać. Wędrujemy do auta, dalej nic. Czekamy kwadrans. Nic. No to jedziemy z powrotem koroną, może ją po drodze zobaczymy. Faktycznie, idzie. Czekała na nas przy Visitor Center. Na moment zatrzymujemy się na koronie – choć to zakazane – by mogła wsiąść. Ruszamy w dalszą drogę do Kingsman.

Mniej więcej półtorej godziny później docieramy do tego niby miasteczka, którego, jak większości miast w Arizonie więcej nie ma, niż są. Bez problemu odnajdujemy Regional Medical Center. Jeszcze raz sprawdzam, czy Kasi potrzebny jest tłumacz, ale nie – poradzi sobie. OK to my jedziemy coś upolować i za pół godziny spotykamy się pod szpitalem.

Pierwszy „fast food”, coś związane z burgerami, wygląda odpychająco. Mnie kusi Kentucky refried Chicken, ale Maćka bardziej egzotyka – Taco Bell. Kupujemy więc jedzenie symulujące meksykańskie korzenie, wcinamy, bierzemy na wynos dla Kasi i wracamy pod szpital. Ponieważ jeszcze jej nie ma znajdujemy miejsce na parkingu, i Maciek wędruje na poszukiwania zguby. Ja postanawiam w końcu dodzwonić się do AT&T w celu wyjaśnienia, dlaczego wykupiony pakiet internetowy w mojej komórce nie został aktywowany. Maciek brnie przez szpital wspomagany ludzką pomocną dłonią, u mnie komputerowa asystentka AT&T robi wszystko żebym przypadkiem nie dotarł do jakiegoś człowieka. Jednak to już czwarte podejście i teraz wiem, że w tych godzinach gdzieś tam, ktoś, pracuje.  Mozolnie brnę przez kolejne menu aż w końcu Eureka – odzywa się człowiek. Niestety równie pomocny, jak wcześniej  komputer. W połowie dyskusji wraca Maciek z informacją, że jeszcze nie odnalazł Kasi, chwilę przysłuchuje się mojej dyskusji, po czym wraca do poszukiwań. Efektem 20 minut sporu z AT&T jest to, że aktywują mi pakiet danych ale nie 1GB warty 25$, za który zapłaciłem ale 250MB warty 15$. Zostałem orżnięty w biały dzień, ale przynajmniej będziemy mieli mapy pod ręką jak się zgubimy. Na razie jednak wygląda na to, że Maciek zgubił się gdzieś w poszukiwaniach Kasi. Ruszam i ja. Tu na szczęście – i o dziwo – ochrona danych osobowych nie jest tak szczelna. Nikt nie sprawdza czy jestem krewnym, tylko zgrabnie kierują mnie coraz bliżej – od Informacji Głównej przez Pokój Przyjęć, na oddział, gdzie do pokoju, w którym Kasia czeka na wyniki prowadzi mnie pielęgniarz. Maciek też tu się w okolicach kręcił po czym zniknął nie dotarłszy do Kasi. Gdy dociera chwilę później okazuje się, że wrócił do samochodu zdać mi raport z poszukiwań. W tym czasie pojawia się młody, uśmiechnięty lekarz, trochę jak wyjęty z serialu „Hoży doktorzy”, który wyjaśnia Kasi, że USG nie wykrył w nodze zakrzepów, że ma w czasie lotu więcej ćwiczyć i łyknąć czasem aspirynę, która obniża krzepliwość krwi. Jeszcze tylko odrobina papierkowej roboty i ruszamy w dalszą drogę. Z pół godziny zrobiły się trzy, ale przynajmniej zwiększyła się znacząco szansa, że z wyprawy powróci taka sama liczba uczestników co na nią wyruszyła.

Za Kingsman skręcamy w słynną Route 66, Drogę Matkę, która w latach 20. połączyła Chicago z Los Angeles stając się jedną z najważniejszych dróg migracji ludności na zachód. Choć w latach 80. została usunięta ze spisu dróg krajowych  USA zdążyła wcześniej tak głęboko wtopić się w kulturę tego kraju, że jej fragmenty uznane zostały za historyczne zabytki i są chronione w stanach Illinois, Missouri, Arizonie i w Nowym Meksyku. Mimo, że główny ruch podąża teraz autostradami międzystanowymi (Interstate), fragmenty Route 66 zostały przez niektóre stany włączone ponownie do sieci dróg stanowych, a miasteczka wzdłuż niej choć może już nie kwitną, to nadal korzystają z – teraz już prawie wyłącznie turystycznego – ruchu, wśród którego znaczące miejsce zajmują grupy prawdziwych, a częściej nieprawdziwych – bo turystów z Europy, którzy wybrali taką formę zwiedzania USA – harleyowców. Póki co pustka i przestrzeń, z odległymi pasmami górskimi, to to, co robi największe wrażenie. Dyskutujemy, czy podejmiemy próbę dotarcia do Supai o zmierzchu. Póki jest jasno głosy na tak przeważają.

Po drodze nagle mijamy ni to muzeum ni to coś zupełnie opuszczonego – ktoś na poboczu przy starym budynku zebrał kolekcję pamiątek przeszłości Route 66. Wrzucam wsteczny i jak sępy opadamy na starego Forda T, wiekowe dystrybutory paliwa, czaszki bawołów, dystrybutory butelkowanej Coca-Coli. W niskim Słońcu miejsce jest wyśmienitym planem zdjęciowym.

Gdy do zachodu Słońca mamy mniej więcej godzinę odnajdujemy skręt w Hualapai Highway – indiańską (ale żeby nie było, bardzo porządną, asfaltową, tylko tu i ówdzie dziurawą) drogę wiodącą przez rezerwat Indian Hualapai na wzgórze Hualapai Hilltop, z którego schodzi się do Supai. Temperatura spada w sensowne dwudziestki. Niestety Słońce również pokazuje nam piękny zachód, i na parking docieramy w ciemnościach. Nikt nie ma wątpliwości. Nocujemy. Schodzenie po ciemku w głąb kanionu to głupota. Obok nas nocuje para. Dziewczyna nie jest specjalnie rozmowna. Co innego Jacob –  Jacob Loico – w trzecim lub czwartym pokoleniu polskiego pochodzenia – dziadek miał jeszcze na nazwisko Loikowski. Od nich dowiadujemy się, że najlepsza pora na wyjście w dół to czwarta w nocy. Tak, żeby jak najdalej dojść zanim Słońce nagrzeje kaniony.

Przekładamy bagaże na przednie siedzenia, składamy drugi rząd i choć jest ciasno, to na długość się dobrze mieścimy. Tylko obracać w nocy będziemy się na komendę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Hit Counter provided by orange county plumbing