USA 2012 – dzień 13 – Mono Lake i Tioga Pass

Początek dnia jest taki sobie, choć dzięki błędowi w mentalnej nawigacji docieramy nad urocze Mamucie Jeziora u stóp skalistych. Więc jest jakiś plus tej pomyłki.

W drodze powrotnej do Mammoth Lakes wstępujemy na śniadanie i przy okazji kupuję sobie ciepłego „soft-shella”, jak określa to coś Maciek. Przyda się, w końcu dzisiaj po południu towarzyszyć nam będzie śnieg wzdłuż drogi przez przełęcz Tioga. Najpierw jednak kierujemy się nad Mono Lake. Z daleka jezioro nie robi wrażenia wyjątkowego, co zresztą widać po minach moich towarzyszy i pytaniach, właściwie to po co tam jedziemy ? Do „South Tufa Area” docieramy boczną, żwirową drogą (główną gdzieś przeoczyliśmy – taki dzień…) i tu wątpliwości znikają, a ich miejsce zastępuje błyskawicznie fotograficzny amok.

Wieże tufowe zaczynają się spory kawałek od obecnego brzegu jeziora, które utraciło znaczną część wody w wyniku podkradania jej ze strumieni je zasilających przez Los Angeles. W ostatnich latach podpisano stosowne ustalenia, których celem jest przywrócenie dawnego poziomu jeziora co oznacza jednak, że to najbliższe lata będą krytyczne dla fotografowania tych niezwykłych form, bowiem za kilkanaście… może więcej… lat formy te skryją się w toni niezwykłego jeziora, o dziesięciokrotnie wyższym zasoleniu od mórz, i ponad 100-krotnie wyższej zasadowości. Jeziora, w którym NASA poszukuje, skutecznie zresztą, obcych form życia.

Docieramy do brzegu jeziora. Wokół wznoszą się białe stalagmity podwodnych niegdyś źródeł. W tle widać ośnieżone stoki Gór Skalistych. Woda jest gęsta i tłusta, w zależności od ustawienia filtra polaryzacyjnego raz wieże tufowe wznoszą się w przestrzeni, z niezakłóconym odbiciem w niebieskiej jak niebo wodzie, raz odcinają się na tle złotej cieczy. Wędrujemy ścieżką w prawo, pomiędzy kolejne wieże, bastiony i fortece. Widoki zapierają dech, a już zdawało się, że niczym nie zaskoczę moich towarzyszy. A jednak chyba po raz kolejny udało się.

Na koniec, tuż przed powrotem do samochodu, na jednej z wież, na wyciągnięcie ręki siada jeżyk, o zielonej główce i fioletowo mieniących się skrzydłach. Robię kolejne zdjęcia zastanawiając się, dlaczego nie odlatuje. W końcu sięgam do niego ręką, by sprawdzić czy jest zdrowy. Gdy dzieli mnie zaledwie parę centymetrów – odlatuje. Pora ruszać w drogę.

Po kawie i ciasteczkach ubieramy się cieplej i skręcamy w drogę wiodącą na przełęcz Tioga, na wysokości 3300 metrów n.p.m. Droga wspina się szybko pomiędzy ośnieżone szczyty górskie. Mijamy przepiękne jeziora, strumienie i łąki. Tioga Pass Road wiedzie przez park narodowy Yosemite i oferuje inną perspektywę tego pięknego parku. Co chwila zatrzymujemy się fotografując kolejne niezwykłe formy skalne, milczących świadków dawnego lodowca, który wyrzeźbił ten niezwykły krajobraz. Schodzimy na brzeg strumieni i jezior, pełnych o tej porze wody z topiącego się śniegu. Sama droga została w tym roku wyjątkowo wcześnie odśnieżona i otwarta dla ruchu samochodowego. W poprzednich latach śniegu było tak dużo, że otwierano ją dopiero w połowie czerwca. Jednak w tym roku nawet niedźwiedzie obudziły się dziesięć tygodni wcześniej, rozpoczęła się też coroczna migracja jeleni. Niestety ani jednych, ani drugich nie udało się nam zobaczyć.

Jednym z najpiękniejszych widoków jest ten, który otwiera się z Olmstead Point, miejsca noszącego nazwisko architekta krajobrazu odpowiedzialnego m.in. za projekt Parku Centralnego w Nowym Jorku. Niedaleki spacer, mniej pewnie niż pół kilometra, prowadzi na kopułę skalną, z której otwiera się piękny widok na skałę Halfdom, wieńczącą dolinę Yosemite gdzieś w dali pod nami.

Pod wieczór docieramy jeszcze do zagajnika wielkich sekwoi – Toulumne Grove of Giant Redwoods. Wśród wysokich sosen i świerków rosną obsypane ogromnymi białymi kwiatami niższe drzewa – ale że jest to teren sekwoi nikt nawet słowem nie wspomina o tych uroczych drzewach (później zidentyfikuję je jako Dogwood). Po drodze mijamy stado pasących się saren, by w końcu dotrzeć do właściwego zagajnika, w którym nagle dominują ogromne drzewa o czerwonej korze. Nagle wielkie sosny sprzed zakrętu okazują się karzełkami. Olbrzymy SĄ olbrzymie. Nie jest ich wiele, jeden, z wyrąbaną bramą, przez którą kiedyś przejeżdżano bryczkami, stoi martwy. Pozostałe po nim fragmenty przypominają dłonie wzniesione ku niebu w geście rozpaczy. Dalej, obok młodszych olbrzymów leżą zwalone pnie dwóch gigantów. W tej pozycji łatwiej pojąć ich ogrom.

Wracamy do auta i jedziemy do Oakdale na nocleg. Jutro wrócimy do Yosemite.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Hit Counter provided by orange county plumbing