USA 2012 – dzień 11 – Canyonlands, Arches

Czy czwarta godzina dnia, szczególnie po dwóch godzina snu to czwarta w nocy, czy czwarta nad ranem? Pytanie niech pozostanie retorycznym, bowiem jaka by nie była, była to pora pobudki, jeżeli chcieliśmy zdążyć na wschód Słońca w Mesa Arch Point w parku narodowym Canyonlands. Zwlekliśmy zatem nasze nieprzytomne zwłoki z prycz w kabinie KOA w Moab i wrzucili na siedzenia Explorera. Ponieważ Maciek spał najdłużej – pełne dwie i pół godziny w odróżnieniu od moich godziny i pół to on zasiadł za kierownicą, a ja robiłem za pilota w krótkich momentach świadomości.

Wyruszyliśmy na północ z Moab i w odpowiednim miejscu skręcili w prawo do Canyonlands. Po drodze minęliśmy zjazd do parku stanowego Dead Horse Point, by po przedostaniu się wąskim przesmykiem na Wyspę w Niebie (Island In The Sky) dotrzeć pół godziny przed wschodem na parking koło Mesa Arch. Liczba zaparkowanych samochodów jednoznacznie świadczyła, że wschodu Słońca nie będziemy doświadczać samotnie. Ale liczba rozstawionych statywów oraz fotografów rozłożonych na skalnej półce przed niezwykłym łukiem i tak zaskoczyła. Ledwo udało się nam dopchać do widoku. Na dodatek jakaś chińska wycieczka dołączyła swój tłum do pokaźnej grupki fotografów. Wmontowałem się w skalną półkę obok amerykanki czekającej na (nie)codzienne zjawisko. Nad nami jakiś fotograf obsyczał Kasię usiłującą zająć stanowisko między nogami jego statywu. Niektórzy robili zdjęcia time-lapse, inni wykorzystywali różne zdalne ustrojstwa do sterowania aparatami. Ja zabrałem się za robienie serii RAW-ów pod przyszłą obróbkę HDR bo tylko tak dało się uchwycić skalę tonacji od chmur rozświetlanych szykującym się do wzejścia Słońcem po ściany kanionu widoczne pod łukiem, oświetlone jedynie światłem nieba.

Gdy Słońce pojawiło się w końcu nad horyzontem łuk rozpalił się różowym światłem poranka – od spodu. Na tym właśnie polega magia tego miejsca – światło bowiem najpierw oświetla łuk od dołu, a że wisi on poza krawędzią kanionu, kilkaset metrów ponad jego dnem (a raczej dnem wyznaczającym połowę zaledwie odległości do właściwego dna – tego, na którym płyną łączące się tu rzeki Green i Colorado), to jego świetlista rama obejmuje i podkreśla widoczne w tle kaniony i góry.

Uchwyciwszy kilkanaście ujęć wschodzącego Słońca wycofałem się z półki na krawędzi by wykonać serię zdjęć ukazujących łuk z innych punktów widzenia.

Gdy Słońce wzniosło się na tyle, by normalniej oświetlić okolicę tłum zaczął rzednąć i także my powędrowaliśmy do auta. Nadal za kierownicą siedział Maciek więc obudziłem się gdy dotarliśmy do Junction Viewpoint, najdalej na południe, w kierunku połączenia się rzek, wysuniętego punktu Island in The Sky. Tu wylazło z nas wszystkich zmęczenie oraz przesyt kanionami. Zrobiliśmy zdjęcia i skierowali w stronę Upheaval Dome. Choć Maciek i Kasia niekoniecznie chcieli zobaczyć kolejny (w końcu dopiero drugi…) krater meteorytowy na miejscu oboje stwierdzili, że miejsce to było znacznie ciekawsze od krateru meteorytowego Barringera i choć z astromiłośniczego punktu widzenia chyba się z nimi nie mogę zgodzić, to krajobrazowo miejsce to było faktycznie znacznie ciekawsze. Z większą ilością barw, planów i tematów.

Ponieważ plan na dzień był i tak bogaty, a do tego postanowiliśmy jednak zboczyć do Dead Horse Point, pognaliśmy do auta i do stanowego parku oferującego przepiękny widok zakola Colorado, określanego mianem podkowy. Na sam punkt widokowy wjeżdża się przez szeroki na zaledwie 30 metrów przesmyk, który podobno kiedyś służył kowbojom do zapędzania tu dzikich mustangów. Widok z tego miejsca jest niezwykły bowiem sięga samej rzeki, wykonującej wśród wysokich klifów nagły i ostry zwrot.

Nie było jeszcze południa gdy wróciliśmy do Moab na śniadanio – obiad. Reszta dnia, zaplanowana na park narodowy Arches nie przewidywała sensownej możliwości zjedzenia czegoś. Trzeba się było napchać na zapas, a pamiętając o potrzebach tasiemca, połowę swojego śniadania zapakowałem na później, dla Maćka.

W Arches minęliśmy Park Avenue – dolinę wśród pionowych skał, która jest jednym z pierwszych punktów witających odwiedzających park. Na dłużej zatrzymaliśmy się dopiero pod Balanced Rock – niezwykłą skałą wiszącą na postumencie wysoko nad naszymi głowami. Była optymalnie oświetlona, do tego jakieś samoloty wyrysowały na niebie trzy równoległe ślady, przypominające drapnięcie szponami tygrysa. Okrążywszy skałę ruszyliśmy do Ogrodów Diabła – Devil’s Garden.

Miejsce to jest najbardziej na północ wysuniętym obszarem parku dostępnym do zwiedzania bez konieczności zabierania ze sobą namiotu. Tu znajduje się najsłynniejszy łuk parku – mający ponad 100 metrów długości Landscape Arch. Przy tym łuk ten w najwęższym miejscu ma zaledwie około metra grubości. Cudem jest, że wciąż jeszcze stoi. Choć dni jego już chyba są policzone. Gdy byłem tu pierwszy i drugi raz można było podejść pod sam łuk. Pod koniec lat 90. część jego podpory po lewej stronie zawaliła się i obecnie podejście pod sam łuk jest zamknięte. Zresztą leżący niedaleko od Landscape Arch 22-metrowy łuk o nazwie Wall Arch zawalił się kilka lat temu (w 2008 roku), a świeże ślady tego zdarzenia widać obok ścieżki, którą z Maćkiem wspięliśmy się na prawo w kierunku kolejnych łuków.

Z grzbietu powyżej widać było kolejne dwa łuki jednak po obfotografowaniu ich z daleka doszliśmy do wniosku, że jeżeli chcemy jeszcze zobaczyć najsłynniejszy z łuków, będący symbolem Utah – Fragile Arch, jak również zatrzymać się w Windows Section to trzeba wracać. Po drodze do samochodu zboczyliśmy jeszcze ku dwóm kolejnym łukom – Pine Arch i Private Arch po czym uzupełniwszy wodę pojechaliśmy do punktu widokowego, z którego można podejść na tyle blisko Delikatnego Łuku, by możliwe było zrobienie sensownych zdjęć, a przy okazji z punktu tego można lepiej odczuć rozmiary tworów geologicznych parku. Mowa o Upper Viewpoint – do którego z parkingu prowadzi ścieżka kilkadziesiąt metrów w górę… Prawdę mówiąc mam wrażenie, że intencją służb parku było, by turyści docierali na niewielki pagórek z którego widać łuk. Jednak między łukiem a pagórkiem leży kilka wyrzeźbionych przez wiatr skał, które stosunkowo łatwo, z minimalną wspinaczką przez metrowej wysokości uskoki, można podejść znacznie bliżej, aż do krawędzi głębokiego parowu, którego drugą krawędź stanowi skała, na której wznosi się Fragile Arch. Jak  łatwo można się domyślić, oczywiście dotarliśmy do samej krawędzi.

Po powrocie szybko przemieściliśmy się samochodem do Windows Section i tam powędrowaliśmy nie do Spectacles – czyli dwóch dużych łuków z daleka przypominających okulary, ale do podwójnego, a w zasadzie może i nawet potrójnego łuku Double Arch. Rozpiętego wysokimi, wąskimi przyporami nad doliną poniżej. Na lewo od nas skały z otworami przypominają maszerujące słonie…

Pora jechać dalej, do motelu, i nieco się wyspać po męczącym, długim dniu. Jednak wcześniej daje o sobie znać tasiemiec. Szukamy więc w Moab miejsca by go zaspokoić, a że Kasia z Maćkiem zgłaszali chęć kontaktu z kulturą tubylców lądujemy u Eddiego McStiff’a na stekach. Wcinam burgera z bizona, potem dokładkę w postaci podzielonego na pół z Maćkiem steka i obserwuję prześliczną dwuogoniastą kometę Hayley obsługującą bar.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Hit Counter provided by orange county plumbing