Wyprawa na całkowite zaćmienie Słońca – Chiny 2009 – Święta góra Tai

2009

Wyprawa na całkowite zaćmienie Słońca – Chiny 2009 –…

Opuszczając Pekin po raz pierwszy „zderzyliśmy” się z rzeczywistością pociągową Chin. Bramki prześwietlające bagaż – po tym, jak zaczynał on już świecić od ciągłego prześwietlania w metrze – nie zrobiły większego wrażenia, co innego hala poczekalni wypełniona po brzegi tłumami miejscowych, wrzaski z megafonów informujące o przyjeździe pociągów i gonitwa, by w ciągu minuty przebiec z poczekalni na peron, znaleźć właściwy wagon i wryć się do środka w celu zajęcia miejsc siedzących. Tu rozmiary europejskie i waga podkręcona masą plecaków okazały się zaletami nie do pokonania nawet przez spryt i wieloletnie doświadczenie w zdobywaniu miejsc właściwe mieszkańcom Państwa Środka. Dzięki właściwemu przygotowaniu udało się nam zając miejsca siedzące i do kolejnego celu podróży dotrzeć w stanie całkiem przyzwoitym. Większości, bo mnie dopadła zemsta cesarza z dynastii Ming. Czyli klasyczny rozstrój żołądka spowodowany zaprzyjaźnianiem się z lokalną florą bakteryjną. Niestety pierwsza próba zaprzyjaźnienia się z dworcową toaletą zakończyła się odmową współpracy ze strony zwieraczy a zawartość mojego przewodu pokarmowego podjęła próbę opuszczenia organizmu przeciwnym do zwyczajowego końcem.

Jest taki dowcip, wg którego wybranej grupie osób jeszcze za życia pozwolono odwiedzić Raj i Piekło, by mogli świadomie podjąć decyzję, w którą stronę zmierzać za życia. Najpierw winda poszybowała w górę, między obłoczki. Tam, jak w „Listach z Ziemi” Marka Twaina, ujrzeli chóry anielskie brzdąkające przez wieczność jedną melodię, sielskie, anielskie życie bez ciekawszych wydarzeń – generalnie definicja nudy. Winda poszybowała w dół, a tam impreza na całego, wóda się leje, panienki tańczą, diabły z duszami szaleją. Jeden z odwiedzających złapał przewodnika za ramię, i drze mu się do ucha coby przekrzyczeć Iron Maiden albo co tam akurat w tym momencie grało: „To tamto na górze to ma być nagroda a to kara ?!”, na co diabeł przewodnik w chwili upojenia balangą odpowiada mu szczerze: „Zdradzę ci pewien sekret. No bo widzisz, u nas kieliszki mają dziurki, a panienki nie…”

Dlaczego nawiązuję do tego dowcipu. Otóż diabeł nie dodał, że w piekle nie ma ubikacji. Ani jednej. A dlaczego? Bowiem one wszystkie zostały w czasach dynastii Ming wypożyczone Państwu Środka. Co gorsze od tego czasu nie były nigdy czyszczone. A jedna z najstraszniejszych znajduje się na dworcu kolejowym w Tai’an. Jej lokalizację można wyczuć z odległości trzech kondygnacji. I choć w Chinach zgodnie z piekielną modą dominuje typ szwedzki, to jakimś cudem jej ściany były //// na wysokość co najmniej półtora metra. Po panicznej ucieczce spocony i zasapany oddaliłem się dalej niż trzy kondygnacje od tego szatańskiego wynalazku. Tam znowu przypomniała o sobie zemsta cesarza więc na spokojnie opracowałem strategię oddychania (tylko przez usta i to tak, żeby nie poczuć SMAKU powietrza) i przetrwałem zderzenie z wysłannikiem piekieł.

Tego dnia oprócz kibli zawiodła nas również pogoda. Gdy wychodziliśmy z dworca zaczynało mżyć. Rowerzyści i motorowerzyści chińscy rozpinali na sobie wielobarwne worki przeciwdeszczowe ubarwiając coraz bardziej przemoknięte otoczenie. Śniadanie w lokalnej jadłodajni, po czym na pół godziny utknęliśmy w kilka osób w informacji turystycznej zastanawiając się co robić. Jednak choć mżyło coraz intensywniej, i z mżenia powoli robił się deszcz decyzja mogła być tylko jedna – idziemy w górę.

Tai Shan to jedna z pięciu świętych gór Chin, według niektórych – najważniejsza z nich. Łączy się ją ze wschodem Słońca i narodzinami. Chińczycy modlą się tu od 3000 lat. Tutaj cesarze od czasów dynastii Shang po Qing składali ofiary niebu (na szczycie) i ziemi (u stóp góry) w rytuale Fengshan. Rzeźbienie inskrypcji w kamiennych ścianach góry znaczyło osiągnięcie wielkiego pokoju. W 219 roku przed naszą erą pierwszy cesarz Chin – Qin Shi Huang tutaj właśnie ogłosił zjednoczenie cesarstwa Chin. W okresie dynastii Han góra Tai stała się miejscem najważniejszych ofiar. Na górze znajdują się 22 świątynie, 97 ruin, 819 kamiennych steli i ponad 1000 napisów wyrzeźbionych w ścianach klifu ponad ścieżką wiodącą na szczyt. Od 1987 roku Tai’an została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

W miarę jak wchodziłem coraz wyżej deszcz coraz bardziej przypominał ulewę. Gdzieś w trakcie zdecydowałem się przełożyć obiektywy z plecaka, w którym powoli zaczynały pływać do wewnętrzych kieszeni mojej super oddychającej kurtki alpinusa. I tu też pewna myśl, bowiem okazało się, że w temperaturze około 35ºC i wilgotności, sądząc po ulewie sięgającej 100% nie była ona już w stanie – jak pisano w reklamie – odprowadzać pary, w czego efekcie na wierzchu było mokro od deszczu, w środku – ode mnie, ale przynajmniej w kieszeniach znalazły suche schronienie obiektywy.

Część ekipy osiągnęła szczyt, ja – wraz z Aśką, Agnieszką, Michałem i Jurao-sanem poddaliśmy się w połowie drogi przy środkowej bramie do nieba. Stamtąd busikiem zjechaliśmy do miasta Tai’an na obiad. Tu jeszcze jedna ciekawostka i uwaga dla przyszłych podróżników do Państwa Środka. Zazwyczaj w restauracjach można trafić na menu obrazkowe, przedstawiające na zdjęciach dania. Jest to pomocne, ale – w miejscowościach bardzo turystycznych, pomocy takich czasem brak. Tu przydaje się przewodnik, w którym rozmaite dania są opisane po angielsku (czy w innym cywilizowanym języku) i po Chińsku. Dzięki takiej pomocy udało nam się w Tai’an zjeść bardzo dobry obiad. Podczas gdy część ekipy – ta bardziej ambitna, której udało się dotrzeć na szczyt, przewodnika nie miała – a brak przewodnika postanowili nadrobić zdolnościami rysunkowymi. W jednej z setek ulicznych mikrorestauracji, z której na ich widok właściciel przegnał rodzinę narysowali na serwetce kurczaka. Od tego momentu – potwierdzonego wyborem wciąż jeszcze gdaczącej ofiary – nić porozumienia wydawała się zadzierzgnięta. Kolejnym krokiem było poinformowanie właściciela, że nie chcą w jedzeniu kości kury (w Chinach często drób jest siekany w całości i podawany z kawałkami kości sterczącymi z każdego możliwego kawałka mięsa) – narysowali zatem kości przekreślając je krzyżykami, tak coby było jasne. Pewnie właściciel był zaskoczony nieco ich wymaganiami, jednak postarał się bardzo, podając drobno pokrojone kości z kury. Dokładnie takie jak na drugim z rysunków…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Hit Counter provided by orange county plumbing